To będzie długi wpis. O mojej osobistej historii, o tym jak przetransformowałam swoje lęki i uwolniłam się od blokujących przekonań.

(Treść tego wpisu pierwszy raz została opublikowana w formie newslettera do mojej społeczności 28.02.2020).

Zacznę od tego, że w środę, 12 lutego o godz. 21:00 miał się odbyć mój szumnie zapowiadany webinar, na który zapisało się ponad 1300 osób (wow!).

Webinar się nie odbył – przełożyłam go na inny termin, bo moje dzieci zachorowały na grypę, która później okazała się być ospą wietrzną. Następnego dnia zdecydowałam się przełożyć całą zaplanowaną kampanię sprzedażową mojego kursu „Spokojna i Uważna Mama w 21 dni” i po prostu dać sobie ten czas na chorowanie – swoje, męża i dzieci.

I niby na powierzchni nic takiego się nie zadziało – ot, normalka, dzieci się pochorowały, rodzice się pochorowali, to przekładam (i za to uwielbiam pracować z mamami – wiem, że Wy to doskonale rozumiecie i dla Was to była normalka, dostałam wiele wsparcia od Was – dziękuję! 😊 ).

Jednak tego dnia, nastąpiła we mnie bardzo silna transformacja.

Coś puściło. W końcu, po latach pracy, coś kliknęło i wskoczyło na swoje miejsce. Uwolniłam się od czegoś, nad czym pracowałam kilka ostatnich lat.

Jeśli masz chwilę, to opowiem Ci moją historię.

O co chodzi i co zadziało się wcześniej, aby mogło się zadziać to, co się zadziało. Trochę enigmatycznie, ale obiecuję Ci, że pod koniec mojej opowieści wszystko się połączy w całość i nabierze sensu.

Ta historia zaczyna się w miejscu, w którym byłam kilka lat temu, gdy zakładałam własną firmę mając już dwójkę małych dzieci, złapałam się na tym, że nagle ciągle powtarzam, że „nie mam pieniędzy”. Nigdy wcześniej w moim życiu nie miałam takiej sytuacji. Uświadomiłam sobie wtedy coś, co w pewnym sensie definiowało moje życie przez kolejne lata.

Otóż gdy ja i moja siostra miałyśmy po kilka lat, moi rodzice również założyli firmę i prowadzą ją do dziś (czyli około 30 lat). Zatrudniają ponad 100 osób, mają oddziały w całym województwie. Zatem pochodzę z rodziny, w której pieniądze były (co też wiązało się ze swoimi traumami, takimi jak wstyd, że ja mam, a inni nie mają, ale to na inną opowieść). Za to to, czego nie było w mojej rodzinie, to bliskość, ciepło i relacje. Zarówno moja mama, jak i mój tata, byli bardzo silnie zaangażowani w budowanie firmy. Oczywiście mieli dobre intencje, że robią to dla rodziny, ale niestety odbywało się to kosztem rodziny.

W związku z tym, dorastałam z bardzo silnym przekonaniem: „albo rodzina i relacje, albo firma i zarabianie”, które uświadomiłam sobie właśnie te kilka lat temu, zakładając własną firmę.

Będąc jednostką świadomą i nastawioną na swój rozwój, do tego sama uwielbiając pracować z przekonaniami (czy to rozbrajając je u siebie, czy wspierając moich klientów w rozbrajaniu ich własnych ), podchodziłam do tej „kobyły” na różne sposoby.

I po kolei, na tyle, na ile byłam w stanie, rozprawiałam się z tym przekonaniem. Krok po kroku. Kawałek po kawałku.

Na swojej drodze rozbrajałam różne – mniejsze i większe blokujące przekonania. Jednym z nich było przekonanie „pieniądze są brudne”. Doszłam do tego, że można zarabiać brudne pieniądze kosztem rodziny, ale można zarabiać czyste pieniądze i jednocześnie dbać o rodzinę.

Innym przekonaniem, którego rozbrojenie było dla mnie mocno uwalniające, było przekonanie, że będę jak moja mama, która z lęku przed bliskością uciekała w pracę i nie potrafiła tworzyć bliskich relacji z innymi.

Pamiętam, że wtedy zaczęłam posyłać mojego młodszego synka do żłobka i było mi ciężko w okresie adaptacji, zaczął pojawiać się smutek i poczucie winy, że go zostawiam po to, aby pracować. I wraz z transformacją tego przekonania, uwolniłam się w jakimś stopniu z poczucia winy. To, że go zostawiałam w żłobku, nie było jednoznaczne z tym, że nie daję mu ciepła i bliskości – coś, czego tak mi brakowało, gdy ja byłam mała. Doszłam do tego, że „nie jestem moją mamą” i to było dla mnie wtedy niezwykle uwalniające.

Jakiś czas później zaczął się temat bycia przepracowaną i brania zbyt wiele na siebie.

Zaczęłam widzieć schematy, które powtarzam ja, moja mama, jej siostry, ich mama. Zaczęłam widzieć, że zaczynam coraz więcej pracować, kosztem życia rodzinnego i kosztem siebie (mówiłam o tym sporo w moim video na temat stresu i odpoczynku TUTAJ).

Gdy pracujesz robiąc coś, co sprawia Ci radość i gdy czujesz i widzisz wartość, jaką dajesz innym – jest niezwykle trudne, aby zachować w tym balans i równowagę. Łatwo się w tym zatracić – szczególnie, że jako kobiety, mamy kulturowo wdrukowane stawianie potrzeb innych ponad swoimi. I ja nie byłam wyjątkiem. Zaczęłam jednak widzieć, że to wszystko wymyka się spod kontroli i nie chcę tak żyć.

Dużym dzwonkiem alarmowym był dla mnie moment, w którym nabrałam na siebie zbyt wiele zobowiązań i już będąc w trzeciej ciąży z moim synkiem (który teraz ma 7 miesięcy) miałam okres, w którym pracowałam po nocach, żeby nadrobić zaległości. W którymś momencie było tego za dużo i wycięła mnie choroba – zmusiła, abym się zatrzymała i popatrzyła na to, jak się zapętliłam.

Jednocześnie chcę zaznaczyć jeszcze jedną, bardzo ważną rzecz, która od kilku lat ma miejsce.

Otóż za każdym razem, gdy zaczyna się dla mnie intensywny okres w pracy – a głównie są to kampanie sprzedażowe moich kursów – dokładnie w tym samym czasie albo jedno, albo dwójka z moich dzieci chorowała. Te z Was, które czytają mnie od dawna, wiedzą, że nie przesadzam, bo to autentycznie było ZA KAŻDYM RAZEM, często co do dnia startu kampanii (lub dzień przed). I to nie jest tak, że moje dzieci mają słabą odporność – bo wtedy, kiedy nie prowadziłam intensywnych działań sprzedażowych, były zdrowe jak ryba!

Zatem nawet największemu sceptykowi ciężko by było uwierzyć, że nie ma tutaj jakiegoś połączenia – moja intensywna praca (związana głównie z zarabianiem pieniędzy) i choroby moich dzieci. Już przy ostatniej kampanii czułam, że zbliżam się do rozgryzienia tego całego mechanizmu. Na pewno pomocne było zobaczenie, kiedy wchodzę w stan ciężkości, przemęczenia i stresu (na co reagowały moje dzieci). Ale największy przełom nastąpił te 2 tygodnie temu.

I dochodzimy do sedna, czyli wydarzeń z ostatnich tygodni. [krótkie przypomnienie: tekst został napisany w lutym].

Otóż te 2 tygodnie temu, na kilka dni przed planowanym, środowym webinarem, pochorowali się wszyscy w mojej rodzinie. Do tego stopnia, że nawet babcia, która na co dzień pomaga przy najmłodszym, abym miała kilka godzin dziennie na pracę, dostała gorączki i leżała w łóżku. Ja byłam wtedy mocno osłabiona, bo sama od tygodnia miałam silną infekcję. Do tego mój mąż, który od kilku lat nie chorował (jego sposób na odporność to sauna i morsowanie), również przeleżał cały poniedziałek w łóżku z gorączką. No i oczywiście gorączkowały także moje dzieci – najpierw najstarszy (5l), a następnego dnia młodszy (3,5r). W efekcie, te kilka dni przed webinarem były niezwykle trudne, bo zamiast się przygotowywać, biegałam od jednej chorej osoby do drugiej – choć już wtedy byłam z siebie dumna, bo wieczorami, zamiast siadać do pracy i nadganiać wszystko na oparach (jak to kiedyś bym zrobiła), wybierałam zadbanie o siebie typu relaksacja w gorącej kąpieli.

Nadszedł TEN dzień.

W dzień webinaru poszliśmy na 15:00 całą rodziną do lekarza. Oficjalna diagnoza: grypa u wszystkich i cały stosik recept. Następnie, wszyscy chorzy, zaczęliśmy maraton po aptekach – nie dość, że jechaliśmy w godzinach, gdzie był jeszcze spory ruch, to w aptekach były tłumy i brakowało części leków.

Wybiła godzina 17:00 (webinar miał być o 21:00).

Mój mąż już ponad 20 minut stał w kolejce w trzeciej aptece. Ja w aucie z chorymi dziećmi, które ledwo dawały radę, ale dzielnie znosiły czekanie. A mnie w końcu (choć i tak dzielnie się trzymałam) zaczął łapać stres i zaczęłam się zastanawiać, jak ja to wszystko ogarnę – dzieci ledwo żyją, mąż ledwo żyje, ja mam jeszcze tyle do przygotowania na webinar, bo przecież od kilku dni praktycznie nie miałam czasu na pracę…

I tak patrząc to na te moje chore, biedne dzieci… To na telefon, rozważając różne opcje…

Nagle, niczym grom z jasnego nieba, spłynęła na mnie myśl, która od razu zmieniła się w uczucie, które rozlało się w całym moim ciele:

DZIŚ WYBIERAM RODZINĘ.

Gdy tylko to do mnie dotarło, łzy same zaczęły napływać mi do oczu – bo w tym momencie, każdą komórką swojego ciała poczułam, że wreszcie MAM WYBÓR.

Poczułam WOLNOŚĆ.

Poczułam, że przecież po to buduję swój biznes, na własnych zasadach, abym mogła decydować kiedy pracuję, a kiedy jestem z rodziną i moimi dziećmi, szczególnie, gdy one mnie potrzebują.

Stanęły mi przed oczami te wszystkie chwile, w których moje dzieci były chore i mnie potrzebowały, a ja mimo to, wybierałam pracę (z różnych względów). I poczułam ścisk w gardle i żołądku, i jeszcze więcej łez, gdy sobie te wszystkie chwile wybaczyłam, bo wiedziałam, że wtedy nie byłam w stanie inaczej postąpić… Że robiłam najlepiej, jak na daną chwilę potrafiłam…

A za chwilę jeszcze mocniej poczułam to uwolnienie i olbrzymią wdzięczność i wzruszenie za tę chwilę. 

Wzruszenie za to, że wreszcie już NIE „MUSZĘ” WYBIERAĆ PRACY, a MOGĘ wybrać moje chore dzieci.

Wreszcie wyszłam z tego schematu ciężkości i uwikłania między pracą i rodziną. Wreszcie, w tamtej chwili, poczułam się prawdziwie WOLNA, jakby jakieś niewidzialne kajdany w końcu popękały.

I wiedziałam, że te wszystkie osoby czekające na webinar zrozumieją.

Czułam, że jestem zaopiekowana przez Wszechświat i że mój biznes na pewno na tym nie ucierpi. Bo to, co było dla mnie najważniejsze na świecie w tamtej chwili, to było móc wrócić do domu i tulić te moje biedne, gorączkujące dzieci i po prostu z nimi być. Całą drogę powrotną zalewałam się łzami i czułam bezgraniczną miłość do dzieci, do Wszechświata i do siebie za to, że wreszcie miałam gotowość i odwagę sobie wybaczyć i puścić to, co już mi nie służyło.

Tego wieczoru okazało się, że grypa była zwiastunem ospy wietrznej. I wiedziałam, że zadziało się coś przełomowego, i że kolejne 2 tygodnie w domu będą czasem na regenerację i integrację tego wszystkiego, co się zadziało.

Następnego dnia przełożyłam całą kampanię sprzedażową kursu i wszelkie moje działania związane z pracą i dałam sobie luksus chorowania, odpoczynku i regeneracji przez najbliższe tygodnie (zaznaczę jeszcze, że nigdy do tej pory nie przekładałam moich kampanii, tylko działałam POMIMO okoliczności, zaciskając zęby, biorąc na klatę konsekwencje).

Chciałam podkreślić, że wiele z moich wcześniejszych decyzji nie było na poziomie świadomym. 

To, że w przeszłości wybierałam pracę zamiast być z chorymi dziećmi, nie było prostym wyborem. Być może dla innej osoby wydaje się to banalne czy absurdalne – ale mam nadzieję, że pokazując Ci mój szerszy kontekst, łącznie z tym, z jakiej rodziny pochodzę, widzisz, że czasem, choćbyśmy chciały postąpić inaczej, często jest to bardzo trudne, dopóki nie wykonamy wcześniejszej pracy.

Kilka dni temu natknęłam się na genialny obrazek, który przepięknie podsumowuje moją historię:

Najpierw zastanów się sama, co widzisz na tym obrazku?

Ja widzę tutaj kobietę tulącą swoje dziecko, a do tego trzymającą na plecach cały bagaż doświadczeń oraz traum. Swoich, ale i pokoleniowych traum swojej matki, babki i prababki (jak się dobrze wpatrzysz w to zdjęcie, to zobaczysz w przedmiotach postaci, które również się przytulają). Niesamowicie poruszyło mnie to zdjęcie, bo zobaczyłam w nim to, co czuję cała sobą i powtarzam od początku mojej działalności. To, czego sama teraz bardzo silnie doświadczyłam.

Nasze matki i babki są częścią bagażu – one są z nim zlane, nie miały możliwości się uwolnić ze swoich traum (tych, które same nabyły w dzieciństwie i tych, które otrzymały „w spadku” ze swojego rodu) i przekazywały je z pokolenia na pokolenie. My jesteśmy pierwszym pokoleniem, które jest w stanie ten bagaż z siebie zrzucić. Uzdrowić siebie i przestać ten bagaż przekazywać dalej swoim dzieciom. Nie wiem jak na Ciebie, ale na mnie działa to niezwykle wzmacniająco i uwalniająco. 

Jeśli temat traum pokoleniowych Cię interesuje, TUTAJ znajdziesz bardzo ciekawy wywiad, na który natknęłam się „przypadkiem” kilka dni po moim przełomie, a który opisuje DOKŁADNIE ten schemat, w który ja wpadłam w kwestii łączenia pracy i rodziny. 

Oczywiście u bazy dochodzenia do tego wszystkiego leży UWAŻNOŚĆ.

To poprzez uważną obecność, poprzez odwagę do zmierzenia się z tym, co trudne, poprzez bycie w kontakcie z samym sobą, zachodzi zmiana. I ta zmiana może nie być od razu widoczna. Pewnie znasz powiedzenie „kropla drąży skałę?”. Tak właśnie jest z każdymi 3, 5 czy 10 minutami, które spędzisz na praktyce uważności.

Każda minuta, niczym kropla, drąży tunel przez który dokopujesz się do swojego wnętrza, do swojego prawdziwego JA. Każda minuta, niczym kropa, przedziera się przez Twoje zblokowane emocje, przez Twoje lęki, przez Twoje przekonania, które Cię nie wspierają.

Im więcej tych kropel, tym lepsze i mocniejsze połączenie masz ze sobą.

Gdy jesteś w połączeniu ze sobą, jesteś OBECNA.

Gdy jesteś obecna, jesteś w stanie wybierać.

Stajesz się coraz bardziej wolna, coraz bardziej autentyczna. Po prostu JESTEŚ.

Jednocześnie ważne, aby zaznaczyć, że to drążenie w skale, to wcale nie prosta, łatwa i przyjemna praca. O nie! Im głębiej drążysz, im szersze tunele, tym bywa trudniej.

Kolejne 2 tygodnie z chorymi dziećmi, pomimo całego mojego przełomu i całej wdzięczności i miłości, którą czułam, powiem dosadnie – równo mnie przeczołgały. Były krzyki, płacze i szlochy (moje też 😉 ) z bezradności i braku sił.

Czy przy najbliższej kampanii moje dzieci znów zachorują? Chcę wierzyć, że nie, że przełamałam ten schemat, ale czas pokaże. Przyjmę z pokorą to, co będzie i na pewno dam Ci znać o naszych dalszych losach!

Mogłabym tak pisać bez końca, ale na tym teraz poprzestanę. Za to zapraszam Cię także na wpis o tym, co mi pomogło przetrwać 2 tygodnie z chorymi dziećmi (już wkrótce).

 

 

***Zapraszam Cię też przy okazji do pobrania BEZPŁATNEJ medytacji POWRÓT DO SIEBIE –> ODBIERZ TUTAJ. Jest pierwszą medytacją z cyklu 10 medytacji uzdrawiających. To coś zupełnie innego niż wszystko, co do tej pory stworzyłam, dlatego serdecznie zapraszam!***

 

Będzie mi też miło, jeśli podzielisz się w komentarzu swoimi odczuciami po przeczytanym tekście. Również, jeśli wzbudził w Tobie trudne emocje lub opór – jestem otwarta na dyskusję.